Drukuj

Interes nie bardzo święty...

W starych świątyniach honorowe miejsca zajmują zazwyczaj zabytkowe drewniane lub gipsowe figury. Te z Nowej Soli muszą wówczas poszukać sobie mniej eksponowanych miejsc, takich jak: zakrystia, kruchta, plac przed kościołem. W świątyniach zbudowanych w czasach PRL-u i III RP rzeźby Sienkiewiczów zajmują już poczesne miejsce przy ołtarzu i w bocznych kaplicach.

Niekiedy można je zobaczyć w przydomowych ogródkach, na rozstajach dróg, na starych wielkomiejskich podwórkach, w hotelach, remizach, urzędach, szkołach, gospodarstwach agroturystycznych, a nawet w centrach sportowo-rekreacyjnych. Gdy stoją pod gołym niebem, niestraszny im chłód, ziąb, upał, deszcz i śnieg. Jednak po kilkunastu latach, gdy wiatr, słońce i woda naruszą nieco świeżość szat, z daleka może się wydawać, że stały tu od wieków.

Nowa Sól – czterdziestotysięczne powiatowe miasto w województwie lubuskim. Niewiele osób wie, że urodzili się tu: kompozytor i piosenkarz Seweryn Krajewski, były bramkarz reprezentacji Widzewa i Porto Józef Młynarczyk, piosenkarz Krzysztof Kiljański, aktorka Magdalena Różczka czy Ilse Forster, znana z okrucieństwa esesmanka z obozu Bergen-Belsen.


Za to wielu z nas wie, że Nowa Sól to europejska stolica ogrodowych krasnali. W mieście i okolicy ich produkcją zajmuje się około 400 firm, które zdecydowaną większość swoich wyrobów sprzedają za Odrą. Tym sposobem przez 20 lat ich działalności, według bardzo ostrożnych szacunków, w Niemczech zamieszkało niemal 80 milionów polskich krasnali. Praktycznie jeden wypada więc na każdego statystycznego Niemca. Nim jednak mieszkańcy Nowej Soli na masową skalę zaczęli produkować krasnale, wcześniej pojawili się tu Chrystus i Maryja.

Chińczyki trzymają się słabo – W latach osiemdziesiątych pewien mieszkaniec Nowej Soli zamówił na jednej z wyższych uczelni technologię produkcji figur z żywic poliestrowych i produkował je w swoim warsztacie – wspomina Teresa Sienkiewicz. – Był rok 1989 i razem z mężem uznałam, że czas na zmiany. Byłam wówczas nauczycielką nauczania początkowego, a mąż głównym energetykiem w mieście z szansą zostania dyrektorem. Mimo to schowaliśmy nasze dyplomy do szuflady, pożyczyliśmy pieniądze od rodziny i za cenę niezłego samochodu kupiliśmy od tego pana technologię produkcji figur z żywic. W ramach kontraktu dostaliśmy także formy trzech wzorów: Matki Boskiej, serca Pana Jezusa i aniołka oraz, co było szczególnie ważne, roczne umowy na dostawę tych modeli do sieci sklepów Veritasu oraz Ars Christiana. Zakasaliśmy rękawy i sami w niewielkim pomieszczeniu zbudowanym na tyłach naszego jednorodzinnego domu produkowaliśmy te trzy wzory od świtu do zmierzchu przez sześć dni w tygodniu. Mąż odlewał, ja czyściłam i szlifowałam. Sami też rozwoziliśmy figury po kraju. Nie mogliśmy nadążyć z produkcją, ale miesięczny zysk był kilkaset razy większy od mojej nauczycielskiej pensji!
Szybko pojawiły się własne modele. Najpierw kilkanaście, potem kilkadziesiąt. Trzeba było zatrudnić pracowników. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zakład zatrudniał już 19 osób, a dzienna produkcja wynosiła 50 figur. Mimo że z czasem pojawiła się krajowa konkurencja, to Sienkiewiczowie opanowali wówczas 75% krajowego rynku.

– Wbrew pozorom nasza branża nie jest święta – mówi pani Teresa.
– Najpierw jeden z pracowników wykradł nam technologię i założył własną firmę. Potem na porządku
dziennym stało się kopiowanie naszych wzorów. Zaniżanie cen aż do granic opłacalności.
Przed 10 laty w branży pojawił się pierwszy kryzys. Krajowy rynek zdążył się nasycić. Pojawiły się dużo tańsze, chociaż znacznie gorszej jakości, wyroby z Dalekiego Wschodu, głównie bożonarodzeniowe szopki. Ale Chińczycy Polski nie zawojowali i obecnie ich udział w polskim rynku wynosi zaledwie kilkanaście procent. Mimo że dziś wytwarzaniem figur świętych zajmuje się kilkadziesiąt mniejszych i większych firm, to Sienkiewiczowie zdołali utrzymać pozycję największego i najbardziej renomowanego producenta
w kraju.


– Odlewamy mniej niż przed 10 – 15 laty, ale i tak mamy 40% krajowego rynku – zapewnia pani Teresa.
– Niestety, ogromnie zmniejszyła się rentowność produkcji z kilkudziesięciu do zaledwie 10 – 15%.

Proces produkcji zaczyna się od zrobienia projektu. Może to być rzeźba albo obraz dawnego mistrza lub projekt bardziej współczesny. Na podstawie zdjęcia w glinie rzeźbi się model naturalnej wielkości. W zależności od stopnia skomplikowania rzeźbę robi pracownik lub jeden z zaprzyjaźnionych z właścicielami znanych krakowskich artystów. Rzeźba służy do zrobienia silikonowej formy, dlatego musi być wykonana z największą precyzją. W gotowe formy (niektóre figury wymagają wykonania kilku form) wlewana jest żywica z przyśpieszaczem, utwardzaczem i wypełniaczem. Ich skład stanowi tajemnicę zakładu. Pod wpływem środków chemicznych temperatura masy wzrasta do 100 stopni. Gdy żywica przybierze określony kształt, stygnie i zostaje wyjęta z formy. Odlewnik przekazuje figurę szlifierzowi, który za pomocą wiertarki, kamienia szlifierskiego i dentystycznej prostnicy usuwa wszelkie nierówności i wygładza postać papierem ściernym. Ponieważ figura jest w środku pusta, trzeba zalać (zamknąć) jej spód. Następnie do pracy przystępują malarze, którzy za pomocą pistoletów nakładają farbę na ciało i szaty. Potem pracownica pędzelkiem maluje oczy i ornamenty. Na koniec figura zostaje pokryta werniksem.

Do Czech i na Madagaskar. W ofercie „Marii” znajduje się ponad 120 wzorów. Od lat największym powodzeniem w kraju cieszy się figura Matki Boskiej Niepokalanej. Tuż za nią podobizna Jana Pawła II, następnie figury Chrystusa, ojca Pio, świętych: Jana Nepomucena, Floriana, Krzysztofa, Elżbiety (węgierskiej) oraz Michała Archanioła. Za to za granicą najchętniej kupowane są szopki bożonarodzeniowe i Droga Krzyżowa.

Najmniejsze figury mają 40 cm, największe 2,1 metra (Jan Paweł II). Najtańsze kosztują 80 zł, najdroższe 10 tys. Za szopkę składającą się z 25 figur o wysokości 1,2 metra trzeba zapłacić 11 tysięcy złotych.

 

ANGORA nr 15 (15 IV 2012)
W ofercie zakładu jest ponad 120 wzorów